sobota, 14 listopada 2015

Rozdział drugi

Musiałam odwrócić wzrok. Wojna nie była łatwa. Ci wszyscy ludzie, których z trudem poznawałam i składałam do kupy wciąż śnili mi się po nocach. Ale oni byli tylko słabymi uczniami, których nikt nie przygotował do walki. Profesor był inny. Był dla mnie symbolem siły. Przecież stawiał czoła tak wielu niebezpieczeństwom. Każdego dnia narażał dla nich życie. Jeśli istniały jakieś grzechy, które miał odpokutować, to zrobił to z nawiązką. A teraz leżał bez sił na swoim łóżku i wyglądał tak krucho, tak nierealnie.
Czułam na sobie uważne spojrzenie blondyna, więc zerknęłam w jego stronę. Niestety z jego twarzy po raz kolejny nie można było niczego wyczytać. Wzięłam głęboki wdech, by uspokoić oddech. Bez względu na to, jak źle się teraz czułam, nie mogłam tego okazać. Byłam coś winna profesorowi i zrobię, co mogę, by mu pomóc.
- Jak... jak działa to zaklęcie? - zapytałam cicho skupiając swój wzrok na blondynie.
- To klątwa. I ma dwa główne objawy. Jeden z nich widać gołym okiem.
- Masz na myśli te bąble na skórze?
- 10 punktów dla Gryffindoru – rzucił cicho, choć w jego głosie nie było grama sarkazmu – To pierwszy objaw klątwy, a uwierz mi, dalej jest tylko gorzej. Jego organy wewnętrzne będą puchnąć niczym balon. Będzie cierpiał tygodniami, zanim dozna ukojenia w postaci śmierci. I będzie świadomy absolutnie wszystkiego, co się z nim dzieje. Za kilka dni powinien się obudzić.
Zamknęłam oczy i starałam się z całych sił skupić na równym oddychaniu.

Wdech. Wydech.

Co za potwór stworzył taką klątwę? I dlaczego akurat Malfoy, ze wszystkich ludzi na świecie musiał ją potwierdzić? Skąd on ją w ogóle znał? Miałam tak wiele pytań, na które nie potrafiłam znaleźć odpowiedzi. A potem przypomniałam sobie jego ciche słowa w gabinecie dyrektora – mój ojciec go dopadł. A to tłumaczyło absolutnie wszystko. Jak wiele klątw poznał, zanim przekroczył mury szkoły? Jak wiele widział przez te wszystkie lata? Jak wiele musiał się nauczyć? Nagle wszystko nabrało sensu – jego wycofanie się podczas wojny, pomoc w szpitalu, pokorne godzenie się ze wszystkim, co go spotykało. Draco się bał, tylko nie byłam w stanie pojąc, czego tak bardzo się bał.
- Zna pan przeciwzaklęcie, panie Malfoy? - zapytał dyrektor, przerywając niezręczną ciszę. Niemal zdążyłam zapomnieć, że był tutaj z nami. Niepewnie uniosłam wzrok znowu napotykając tą pustkę i zagubienie. A po kolejnych słowach moje serce zamarło.
- Nie istnieje przeciwzaklęcie. Autor nie przewidział, by osoba decydująca się rzucić tą klątwę miała w trakcie zmienić zdanie.
- Jest jakaś szansa, by uratować profesora?
- Eliksiry mogłyby pomóc, ale musielibyśmy bazować na składnikach z pogranicza. I przydałaby się maść na te paskudne zmiany skórne, póki są w początkowym stadium.

Początkowe stadium? Zebrałam w sobie całą odwagę i niepewnie spojrzałam na profesora. Jeśli tak wyglądał początek, to nie jestem pewna, czy chcę znać ciąg dalszy. I składniki z pogranicza? To będzie cud, jeśli przeżyjemy te szalone eksperymenty.
- Kiedy możecie zacząć pracę?
- Im szybciej, tym lepiej, ale póki Granger nie zna podstaw będziemy błądzić, jak we mgle, a nie mamy na to czasu. Jutro rano dostarczę ci wszystkie istotne informacje na temat klątwy oraz listę składników, które tylko przyspieszają jej działanie – powiedział cicho, spokojnie, a potem spojrzał na mnie i dodał – Gdy tylko będziesz gotowa weźmiemy się do pracy.
Skinęłam głową niezdolna, by wydobyć z siebie jakikolwiek dźwięk. Jego opanowanie zaimponowało mi. Z zimną logiką wszystko zaplanował i byłam niemal pewna, że miał już w głowie listę składników, na których będziemy bazować. Ciche westchnienie ulgi, które wydał z siebie dyrektor brzmiało nad wyraz głośno w murach spokojnej sypialni mistrza eliksirów.
A potem opuściliśmy jego kwatery i każde z nas poszło w swoją stronę – ja na transmutację, która zaczęła się pięć minut temu, a Draco na zielarstwo.
Weszłam do sali i bez słowa zajęłam wolne miejsce próbując z całych sił skupić się na słowach nauczycielki. Za wszelką cenę musiałam odciągnąć myśli od tego, co przed chwilą widziałam. Potrzebowałam czasu, by wszystko sobie poukładać i nabrać dystansu. Ale nie było czasu i to przerażało mnie najbardziej.

* * *

Z duszą na ramieniu oczekiwałam porannej poczty. Z jednej strony chciałam znać już szczegóły, by móc zacząć działać, ale z drugiej... byłam przerażona. Do tego stopnia, że przez cały poprzedni dzień unikałam przyjaciół, a zaraz po kolacji zniknęłam w swoim dormitorium. Nie potrafiłam powiedzieć im, gdzie zniknęłam w czasie lunchu. Nie byłam w stanie mówić o tym, w jak ciężkim stanie był profesor. Miałam wrażenie, że póki nikt nie powie tego głośno, póki nikt się nie dowie, to da się to jakoś odkręcić. I dyrektor był najwyraźniej tego samego zdania, bo profesor był obecny podczas kolacji, choć doskonale wiedziałam, że to nie było możliwe. Kimkolwiek była ta osoba, udawała mistrza eliksirów nad wyraz dobrze. Tym bardziej było mi ciężko spoglądać w tamtą stronę.

Kiedy moje życie tak bardzo się skomplikowało?


Czytając list od Malfoya nie byłam pewna, czy mam ochotę się rozpłakać, czy zwymiotować. Obie opcje były nad wyraz kuszące. Kim musiał być człowiek, który stworzył tą klątwę, jak złe musiało być jego życie? Sama myśl o tym, co miało spotkać profesora wystarczyła, bym była bliska zwrócenia swojego śniadania w całości. A przecież to był dopiero początek. Miałam nadzieję, że znajdziemy rozwiązanie zanim wszystko się pogorszy. Nie bardzo tylko wiedziałam, jak mamy jednocześnie chodzić na zajęcia, uczyć się do OWTMów i ratować profesora. Myślę, że kolejny rok zabaw ze zmieniaczem czasu doszczętnie zniszczył by moją już i tak nadszarpniętą psychikę. A póki co potrzebowałam w miarę jasnego umysłu.
O ból głowy przyprawiały mnie składniki, na których chciał pracować Malfoy. Z nich można, co najwyżej stworzyć broń atomową, a nie eliksir ratujący życie. Jestem niemal pewna, że nikt nie przeżyłby połączenia w jednym kociołku bizmutu, kwiatu podbiału i korzenia wymiotnicy*. A to dopiero czubek góry lodowej. W co ja się wpakowałam.

* * *


Byliśmy tam – w prywatnym laboratorium mistrza eliksirów, wśród wszystkich cennych składników, które tak skrupulatnie kolekcjonował. Malfoy przeglądał magazyn notując to, co może nam się przydać, a ja? Ja po prostu stałam tam, milcząc, i nie mogłam uwierzyć w to, jak bardzo świat się zmienił. Jak bardzo ludzie wciąż nienawidzili i doprowadzali do upadku nasz świat. Jak wymierzali sprawiedliwość na własną rękę. Stałam i nie mogłam pojąć, dlaczego tak się działo. Dlaczego tu byłam? Dlaczego Malfoy też tu był? Mój świat stanął na głowie. Od czasu wojny wiele rzeczy uległo zmianie. Trzeba było od nowa zweryfikować swoje poglądy, znajomości, wybrać drogę, którą chce się iść. Może Malfoy nie był już moim wrogiem, ale na pewno nie był przyjacielem. Nasza wspólna praca podczas wojny polegała na cichej wymianie opinii na temat eliksirów, które mogą pomóc. A teraz mieliśmy razem stworzyć coś, co miało uratować komuś życie. I skłamałabym mówiąc, że nie jestem przerażona. Co innego decydować, który eliksir podać najpierw, a co innego stworzyć zupełnie nowy. Jeszcze nigdy w życiu nie bałam się tak bardzo, jak w tej chwili – stojąc w laboratorium i czekając, aż Draco skończy przeglądać zawartość magazynu.
- Gotowa? - cichy głos chłopaka tuż za moimi plecami sprawił, że podskoczyłam.
- Chyba nigdy nie będę – opowiedziałam patrząc mu w oczy. Jakim cudem mogły być tak piękne i jednocześnie puste? Jak mógł przyciągać spojrzenia nie mając nic do zaoferowania, nic poza swoją ciemnością, smutkiem. I tajemnicą skrytą za pustym z pozoru spojrzeniem. Ale ja będę miała bardzo dużo czasu, by poznać tą tajemnicę. Będę musiała zająć czymś myśli, by nie zwariować. A pustka jeszcze nigdy nie wydawała się tak fascynująca.
- Profesor nie ma aż tak wiele czasu, więc bierzmy się do pracy. I niech Merlin ma nas w opiece.

Byłam niemal pewna, że nawet Merlin nie byłby w stanie nam pomóc, ale byliśmy potrzebni żywi, a nie martwi, więc musieliśmy zrobić wszystko, by nikt inny nie musiał umierać.

sobota, 31 października 2015

Rozdział pierwszy

Nigdy nie byłam wojowniczką. Wolałam zacisze biblioteki i towarzystwo książek od otwartej walki. Takie moralne wsparcie dla tych, którzy mieli więcej odwagi ode mnie. Czasem zastanawiało mnie, jakim cudem znalazłam się w Gryffindorze, ale może tiara wiedziała, że Harry będzie mnie potrzebował. Bez względu na to, jak burzliwa była nasz przyjaźń, wciąż przy nim trwałam, bo w sumie, co innego miałabym robić?
Potrafiłam tylko przetrząsać książki w poszukiwaniu użytecznych zaklęć, eliksirów. I byłam w tym naprawdę dobra. Pewnie dlatego nikt nie traktował mnie poważnie. Zawsze w cieniu sławnego przyjaciela, niczym przenośna encyklopedia. Bardziej, jak dodatek niż człowiek z krwi i kości.

Może i czasem bolało. Może nie zawsze zgadzałam się z osądem Harry'ego. Może to dlatego tak ciężko było mi dogadać się z Ronem, który ślepo podążał za Harrym, ale nie robiłam tego specjalnie. Taka już byłam.

Czasem zastanawiałam się, jak wyglądałoby moje życie, gdybym nie zaprzyjaźniła się z Harrym. Czy ktokolwiek by mnie dostrzegł? Tak bardzo bałam się samotności i tak nienawidziłam się za tą słabość. Byłam taka żałosna.

Los pisał nam zabawne scenariusze.


* * *

Był listopad. Zimny i deszczowy, jak to tylko możliwe. Wielkie kałuże na błoniach utrudniały dostanie się do szklarni na zajęcia, więc przeniesiono je do zamku. Nauka zielarstwa z podręcznika wcale nie należała do porywających.
Pogoda wszystkim dawała się we znaki. Uczniowie pozbawieni możliwości wyjścia na zewnątrz stali się markotni, a liczba bójek i pojedynków drastycznie wzrosła. Pani Pomfley miała ręce pełne roboty lecząc skaleczenia, a Filch zacierał z uciechy ręce – tak wielu szlabanów nie miał od dawna. Sala pamięci i lochy lśniły czystością. Nawet profesor Snape był mnie oschły odkąd wszystkie jego kociołki błyszczały.

I właśnie w jeden z takich dni, gdy deszcz zacinał w okna, a uczniowie urządzali sobie spotkanie klubu pojedynków na korytarzu, podeszła do mnie profesor McGonagall.
- Panno Granger, dyrektor chciałby panią widzieć. Hasło brzmi: cytrynowy sorbet.
Skinęłam tylko głową nie wiedząc, co odpowiedzieć. Dyrektor z reguły wzywał mnie tylko z dwóch powodów i żaden nie oznaczał niczego dobrego. Z duszą na ramieniu udałam się schodami na górę. Im bliżej gabinetu dyrektora byłam tym czarniejsze scenariusze sobie wyobrażałam. Zaczęłam się zastanawiać, kiedy ostatnio widziałam Harry'ego i Rona, ale byłam niemal pewna, że byli na dole zakładając się z Seamusem o to, kto wygra pojedynek. Nawet nie potrafiłam być na nich zła. Mieliśmy tak niewiele powodów do radości ostatnio.
Pokonanie Voldemorta wcale nie zmieniło świata na lepsze. Śmierciożercy wciąż bezkarnie włóczyli się po świecie, mordując w imię swego upadłego pana. I choć nie kryli się ze swym działaniem, wciąż pozostawali nieuchwytni.

Potrząsnęłam głową starając się odpędzić od siebie te niedorzeczne myśli. Potrzebowałam czystego umysłu, by stawić czoła temu, co miał mi do powiedzenia dyrektor.
- Och, panna Granger. Dobrze, że już pani jest. Poczekamy jeszcze chwilę na pana Malfoya, w porządku?
Skinęłam głową zastanawiając się, czemu ze wszystkich ludzi na świecie, musieliśmy czekać akurat na Malfoya.


Wciąż był dla mnie zagadką. Po nieudanej próbie zabójstwa dyrektora sprzeciwił się ojcu i przeszedł na jasną stronę, tracąc niemal wszystko, prócz swej godności, która pozostała niezachwiana przez całą wojnę. Skłamałabym mówiąc, że wciąż był tym samym, zapatrzonym w siebie gnojkiem, co kilka lat temu. Przeszedł jakąś dziwną przemianę. Stał się cichy i wycofany. Nie zwracał na siebie prawie w ogóle uwagi i ciężko było z niego wydobyć choć zdanie. Zupełnie, jakby coś w nim umarło. Jego wzrok czasem budził we mnie lęk. Był tak pusty i jednocześnie tak niesamowicie zagubiony. Zupełnie, jakby zatracił gdzieś siebie i nie potrafił ponownie odnaleźć. A może nie chciał? Każdy z nas miał swoje demony – wojna nie oszczędziła nikogo. Może zamiast z nimi walczyć po prostu odciął się? Patrząc na niego teraz nie potrafiłam dostrzec tego wyniosłego chłopca, który rozstawiał wszystkich po kątach. Bardziej przypominał upadłego anioła – tak samo piękny i zagubiony jednocześnie.

- Chciał mnie pan widzieć, dyrektorze? - zapytał cichym, spokojnym głosem, wchodząc do gabinetu. Nawet jeśli zaskoczyła go moja obecność nie pokazał tego po sobie.
- Tak Draco. Usiądź, proszę. - powiedział dyrektor, a uśmiech, który jeszcze przed chwilą gościł na jego ustach zniknął. Poczekał, aż Malfoy zajmie miejsce i kontynuował. - To nie jest dla mnie łatwe i uwierzcie, gdyby istniało inne wyjście, nie prosiłbym was o pomoc, ale wszyscy są bezradni, a ja nie mogę pozwolić, by odszedł w ten sposób.
- Dyrektorze, co się stało? Ktoś jest ranny?

Gonitwa myśli w mojej głowie była nie do okiełznania. Przeglądałam w głowie wszystkich, których ostatnio widziałam i starałam się zrozumieć, kogo brakowało.

- Chodzi o Severusa, prawda? - zapytał cicho Draco, a ja zamarłam. - Mój ojciec go dopadł.
- Tak Draco. Obawiam się, że tak właśnie było, choć póki Severus się nie obudzi, nie mamy pewności.
- Wiecie chociaż, czym oberwał?
- Mamy pewne podejrzenia, ale liczyliśmy, że je potwierdzisz.

Malfoy skinął sztywno głową i czekał na to, co jeszcze dyrektor miał nam do powiedzenia. Z jego twarzy nie dało się wyczytać absolutnie niczego.

- Miałem nadzieję, że wy dwoje spróbujecie go uratować.
- Jak? - tylko tyle byłam w stanie z siebie wydusić. Nagle to na mnie spadło. Czyjeś życie było w moich rękach, a ja chyba nie czułam się z tym dobrze. Przecież nie byłam wojowniczką, więc jak niby miałam walczyć o cudze życie?
- Oboje jesteście wybitni z eliksirów i macie za sobą kurs z magomedycyny. Myślę, że to w połączeniu z dostępem do prywatnej biblioteki Severusa powinno wam pozwolić stworzyć coś, cokolwiek, co go uratuje.

Wypuściłam z siebie drżący oddech. Zabawne, bo nawet nie byłam świadoma tego, że go wstrzymywałam. Zerknęłam na Dracona, ale jego postawa nadal niczego nie zdradzała. Siedział tam patrząc dyrektorowi w oczy, a jedyne, co zrobił po, zdawać by się mogło wieczności, było skinięcie głową na znak, że się zgadza. Nie miałam wyjścia. Tak długo unikałam walki, ale ona się o mnie upomniała i wiedziałam, że tym razem nie mam dokąd uciec. Musiałam stawić jej czoła.

- Kiedy możemy zacząć? - zapytałam starając się opanować drżenie głosu. Pewnie, gdybym była bardziej świadoma stanu, w jakim znajdował się profesor Snape krzyczałabym, aż brakłoby mi sił. Ale nie wiedziałam.
- Gdy tylko Draco potwierdzi nasze podejrzenia.

Ponownie spojrzałam na chłopaka. Zmarszczył brwi, jakby się nad czymś intensywnie zastanawiał, a potem skinął krótko głową i wstał. Biorąc głęboki wdech zrobiłam to samo. A potem oboje przemierzaliśmy korytarze podążając za dyrektorem. Myślę, że żadne słowa nie były w stanie przygotować mnie na to, co ujrzałam w prywatnych kwaterach mistrza eliksirów, a cichy głos Malfoya długo będzie nawiedzać mnie w snach.

- Tak dyrektorze, to Neisseria*.


_____________________________

* Neisseria – klątwa mojego autorstwa. Powoduje sączące się rany na całym ciele i wewnętrzne obrzęki. Wszystko dzieje się bardzo powoli osłabiając bólem, aż w końcu ofiara umiera.

sobota, 17 października 2015

Prolog będący epilogiem

Próbując czegoś więcej niż tylko istnieć...

Czy to nie zabawne, że wszystko w naszym życiu zdarzyło się z jakiegoś powodu? Te wszystkie wzloty i upadki, by na końcu zostać z niczym. Zawsze zastanawiało mnie, czy gdyby ludzie wiedzieli, co ich czeka na końcu walczyliby z takim samym uporem czy odpuścili już na starcie. Śmiałeś się wtedy ze mnie powtarzając, że nie jestem w stanie zbawić wszystkich. A ja tak bardzo lubiłam twój śmiech. Otulał mnie swym ciepłem i sprawiał, że walka była warta każdej ceny.
Wracając wspomnieniami do tych dni, gdy pożyczaliśmy czas, który nie był nam przeznaczony mam wrażenie, że nawet wiedząc, co mnie czeka podjęłabym ryzyko. Bo czasem lepiej przeżyć kilka dni szczęścia, by posmakować goryczy rozstania niż nigdy nie doświadczyć szczęścia.


Za każdym razem, gdy myślę o początku mam ochotę głośno się roześmiać. Żadne z nas nie miało wyboru. Wrzucono nas w przepaść i tylko razem mogliśmy wzlecieć. Zaskakująco wiele czasu zajęło nam zrozumienie tego, a przecież oboje uchodziliśmy za inteligentnych ludzi.

Wiesz, Draco, wciąż uwielbiam sposób, w jaki pragnęliśmy wszystkiego wiedząc, że nic nam się nie należy. Wszystko, co mieliśmy, wykradliśmy. Ale wiesz co? To nic, bo zyskaliśmy coś więcej. Coś czego ludzie czasem nie doświadczają przez całe życie – wygraliśmy nieskończoność.
Mimo ciągłej gonitwy za nieosiągalnym, walki o wszystko i o nic. Mimo czasu, którego nie mieliśmy udało nam się.

I chociaż nigdy nie wybaczę ci tego, że mnie zostawiłeś, to możesz być pewien, że to jeszcze nie koniec.
Pewnego dnia moje serce zrozumie, że nadszedł czas, by zabić po raz ostatni, a wtedy z uśmiechem na ustach zamknę oczy, by otwierając je ponownie ujrzeć twoją piękną twarz.


Bo pod tą delikatną, kruchą powłoką kryła się wojowniczka, którą we mnie odnalazłeś.

I nawet jeśli teraz nienawidzę cię kochać, to nic nie znaczy, bo wygraliśmy.

Nie ważne, co mówią inni.

Wygraliśmy.

A ty byłeś każdym z moich dobrych dni, Draco. Każdym.


_____________________________________________________________


Witajcie!

Po bardzo długiej przerwie wróciłam do pisania dramione. Mam nadzieję, że moja historia wam się spodoba. Rozdziały będą pojawiały się co dwa tygodnie w sobotę. Nie wiem, co jeszcze miałabym wam powiedzieć. Mam nadzieję, że po prostu dacie szansę tej historii. Do zobaczenia za dwa tygodnie x
Szablon wykonała Sasame Ka z Ministerstwo Szablonów