sobota, 31 października 2015

Rozdział pierwszy

Nigdy nie byłam wojowniczką. Wolałam zacisze biblioteki i towarzystwo książek od otwartej walki. Takie moralne wsparcie dla tych, którzy mieli więcej odwagi ode mnie. Czasem zastanawiało mnie, jakim cudem znalazłam się w Gryffindorze, ale może tiara wiedziała, że Harry będzie mnie potrzebował. Bez względu na to, jak burzliwa była nasz przyjaźń, wciąż przy nim trwałam, bo w sumie, co innego miałabym robić?
Potrafiłam tylko przetrząsać książki w poszukiwaniu użytecznych zaklęć, eliksirów. I byłam w tym naprawdę dobra. Pewnie dlatego nikt nie traktował mnie poważnie. Zawsze w cieniu sławnego przyjaciela, niczym przenośna encyklopedia. Bardziej, jak dodatek niż człowiek z krwi i kości.

Może i czasem bolało. Może nie zawsze zgadzałam się z osądem Harry'ego. Może to dlatego tak ciężko było mi dogadać się z Ronem, który ślepo podążał za Harrym, ale nie robiłam tego specjalnie. Taka już byłam.

Czasem zastanawiałam się, jak wyglądałoby moje życie, gdybym nie zaprzyjaźniła się z Harrym. Czy ktokolwiek by mnie dostrzegł? Tak bardzo bałam się samotności i tak nienawidziłam się za tą słabość. Byłam taka żałosna.

Los pisał nam zabawne scenariusze.


* * *

Był listopad. Zimny i deszczowy, jak to tylko możliwe. Wielkie kałuże na błoniach utrudniały dostanie się do szklarni na zajęcia, więc przeniesiono je do zamku. Nauka zielarstwa z podręcznika wcale nie należała do porywających.
Pogoda wszystkim dawała się we znaki. Uczniowie pozbawieni możliwości wyjścia na zewnątrz stali się markotni, a liczba bójek i pojedynków drastycznie wzrosła. Pani Pomfley miała ręce pełne roboty lecząc skaleczenia, a Filch zacierał z uciechy ręce – tak wielu szlabanów nie miał od dawna. Sala pamięci i lochy lśniły czystością. Nawet profesor Snape był mnie oschły odkąd wszystkie jego kociołki błyszczały.

I właśnie w jeden z takich dni, gdy deszcz zacinał w okna, a uczniowie urządzali sobie spotkanie klubu pojedynków na korytarzu, podeszła do mnie profesor McGonagall.
- Panno Granger, dyrektor chciałby panią widzieć. Hasło brzmi: cytrynowy sorbet.
Skinęłam tylko głową nie wiedząc, co odpowiedzieć. Dyrektor z reguły wzywał mnie tylko z dwóch powodów i żaden nie oznaczał niczego dobrego. Z duszą na ramieniu udałam się schodami na górę. Im bliżej gabinetu dyrektora byłam tym czarniejsze scenariusze sobie wyobrażałam. Zaczęłam się zastanawiać, kiedy ostatnio widziałam Harry'ego i Rona, ale byłam niemal pewna, że byli na dole zakładając się z Seamusem o to, kto wygra pojedynek. Nawet nie potrafiłam być na nich zła. Mieliśmy tak niewiele powodów do radości ostatnio.
Pokonanie Voldemorta wcale nie zmieniło świata na lepsze. Śmierciożercy wciąż bezkarnie włóczyli się po świecie, mordując w imię swego upadłego pana. I choć nie kryli się ze swym działaniem, wciąż pozostawali nieuchwytni.

Potrząsnęłam głową starając się odpędzić od siebie te niedorzeczne myśli. Potrzebowałam czystego umysłu, by stawić czoła temu, co miał mi do powiedzenia dyrektor.
- Och, panna Granger. Dobrze, że już pani jest. Poczekamy jeszcze chwilę na pana Malfoya, w porządku?
Skinęłam głową zastanawiając się, czemu ze wszystkich ludzi na świecie, musieliśmy czekać akurat na Malfoya.


Wciąż był dla mnie zagadką. Po nieudanej próbie zabójstwa dyrektora sprzeciwił się ojcu i przeszedł na jasną stronę, tracąc niemal wszystko, prócz swej godności, która pozostała niezachwiana przez całą wojnę. Skłamałabym mówiąc, że wciąż był tym samym, zapatrzonym w siebie gnojkiem, co kilka lat temu. Przeszedł jakąś dziwną przemianę. Stał się cichy i wycofany. Nie zwracał na siebie prawie w ogóle uwagi i ciężko było z niego wydobyć choć zdanie. Zupełnie, jakby coś w nim umarło. Jego wzrok czasem budził we mnie lęk. Był tak pusty i jednocześnie tak niesamowicie zagubiony. Zupełnie, jakby zatracił gdzieś siebie i nie potrafił ponownie odnaleźć. A może nie chciał? Każdy z nas miał swoje demony – wojna nie oszczędziła nikogo. Może zamiast z nimi walczyć po prostu odciął się? Patrząc na niego teraz nie potrafiłam dostrzec tego wyniosłego chłopca, który rozstawiał wszystkich po kątach. Bardziej przypominał upadłego anioła – tak samo piękny i zagubiony jednocześnie.

- Chciał mnie pan widzieć, dyrektorze? - zapytał cichym, spokojnym głosem, wchodząc do gabinetu. Nawet jeśli zaskoczyła go moja obecność nie pokazał tego po sobie.
- Tak Draco. Usiądź, proszę. - powiedział dyrektor, a uśmiech, który jeszcze przed chwilą gościł na jego ustach zniknął. Poczekał, aż Malfoy zajmie miejsce i kontynuował. - To nie jest dla mnie łatwe i uwierzcie, gdyby istniało inne wyjście, nie prosiłbym was o pomoc, ale wszyscy są bezradni, a ja nie mogę pozwolić, by odszedł w ten sposób.
- Dyrektorze, co się stało? Ktoś jest ranny?

Gonitwa myśli w mojej głowie była nie do okiełznania. Przeglądałam w głowie wszystkich, których ostatnio widziałam i starałam się zrozumieć, kogo brakowało.

- Chodzi o Severusa, prawda? - zapytał cicho Draco, a ja zamarłam. - Mój ojciec go dopadł.
- Tak Draco. Obawiam się, że tak właśnie było, choć póki Severus się nie obudzi, nie mamy pewności.
- Wiecie chociaż, czym oberwał?
- Mamy pewne podejrzenia, ale liczyliśmy, że je potwierdzisz.

Malfoy skinął sztywno głową i czekał na to, co jeszcze dyrektor miał nam do powiedzenia. Z jego twarzy nie dało się wyczytać absolutnie niczego.

- Miałem nadzieję, że wy dwoje spróbujecie go uratować.
- Jak? - tylko tyle byłam w stanie z siebie wydusić. Nagle to na mnie spadło. Czyjeś życie było w moich rękach, a ja chyba nie czułam się z tym dobrze. Przecież nie byłam wojowniczką, więc jak niby miałam walczyć o cudze życie?
- Oboje jesteście wybitni z eliksirów i macie za sobą kurs z magomedycyny. Myślę, że to w połączeniu z dostępem do prywatnej biblioteki Severusa powinno wam pozwolić stworzyć coś, cokolwiek, co go uratuje.

Wypuściłam z siebie drżący oddech. Zabawne, bo nawet nie byłam świadoma tego, że go wstrzymywałam. Zerknęłam na Dracona, ale jego postawa nadal niczego nie zdradzała. Siedział tam patrząc dyrektorowi w oczy, a jedyne, co zrobił po, zdawać by się mogło wieczności, było skinięcie głową na znak, że się zgadza. Nie miałam wyjścia. Tak długo unikałam walki, ale ona się o mnie upomniała i wiedziałam, że tym razem nie mam dokąd uciec. Musiałam stawić jej czoła.

- Kiedy możemy zacząć? - zapytałam starając się opanować drżenie głosu. Pewnie, gdybym była bardziej świadoma stanu, w jakim znajdował się profesor Snape krzyczałabym, aż brakłoby mi sił. Ale nie wiedziałam.
- Gdy tylko Draco potwierdzi nasze podejrzenia.

Ponownie spojrzałam na chłopaka. Zmarszczył brwi, jakby się nad czymś intensywnie zastanawiał, a potem skinął krótko głową i wstał. Biorąc głęboki wdech zrobiłam to samo. A potem oboje przemierzaliśmy korytarze podążając za dyrektorem. Myślę, że żadne słowa nie były w stanie przygotować mnie na to, co ujrzałam w prywatnych kwaterach mistrza eliksirów, a cichy głos Malfoya długo będzie nawiedzać mnie w snach.

- Tak dyrektorze, to Neisseria*.


_____________________________

* Neisseria – klątwa mojego autorstwa. Powoduje sączące się rany na całym ciele i wewnętrzne obrzęki. Wszystko dzieje się bardzo powoli osłabiając bólem, aż w końcu ofiara umiera.

sobota, 17 października 2015

Prolog będący epilogiem

Próbując czegoś więcej niż tylko istnieć...

Czy to nie zabawne, że wszystko w naszym życiu zdarzyło się z jakiegoś powodu? Te wszystkie wzloty i upadki, by na końcu zostać z niczym. Zawsze zastanawiało mnie, czy gdyby ludzie wiedzieli, co ich czeka na końcu walczyliby z takim samym uporem czy odpuścili już na starcie. Śmiałeś się wtedy ze mnie powtarzając, że nie jestem w stanie zbawić wszystkich. A ja tak bardzo lubiłam twój śmiech. Otulał mnie swym ciepłem i sprawiał, że walka była warta każdej ceny.
Wracając wspomnieniami do tych dni, gdy pożyczaliśmy czas, który nie był nam przeznaczony mam wrażenie, że nawet wiedząc, co mnie czeka podjęłabym ryzyko. Bo czasem lepiej przeżyć kilka dni szczęścia, by posmakować goryczy rozstania niż nigdy nie doświadczyć szczęścia.


Za każdym razem, gdy myślę o początku mam ochotę głośno się roześmiać. Żadne z nas nie miało wyboru. Wrzucono nas w przepaść i tylko razem mogliśmy wzlecieć. Zaskakująco wiele czasu zajęło nam zrozumienie tego, a przecież oboje uchodziliśmy za inteligentnych ludzi.

Wiesz, Draco, wciąż uwielbiam sposób, w jaki pragnęliśmy wszystkiego wiedząc, że nic nam się nie należy. Wszystko, co mieliśmy, wykradliśmy. Ale wiesz co? To nic, bo zyskaliśmy coś więcej. Coś czego ludzie czasem nie doświadczają przez całe życie – wygraliśmy nieskończoność.
Mimo ciągłej gonitwy za nieosiągalnym, walki o wszystko i o nic. Mimo czasu, którego nie mieliśmy udało nam się.

I chociaż nigdy nie wybaczę ci tego, że mnie zostawiłeś, to możesz być pewien, że to jeszcze nie koniec.
Pewnego dnia moje serce zrozumie, że nadszedł czas, by zabić po raz ostatni, a wtedy z uśmiechem na ustach zamknę oczy, by otwierając je ponownie ujrzeć twoją piękną twarz.


Bo pod tą delikatną, kruchą powłoką kryła się wojowniczka, którą we mnie odnalazłeś.

I nawet jeśli teraz nienawidzę cię kochać, to nic nie znaczy, bo wygraliśmy.

Nie ważne, co mówią inni.

Wygraliśmy.

A ty byłeś każdym z moich dobrych dni, Draco. Każdym.


_____________________________________________________________


Witajcie!

Po bardzo długiej przerwie wróciłam do pisania dramione. Mam nadzieję, że moja historia wam się spodoba. Rozdziały będą pojawiały się co dwa tygodnie w sobotę. Nie wiem, co jeszcze miałabym wam powiedzieć. Mam nadzieję, że po prostu dacie szansę tej historii. Do zobaczenia za dwa tygodnie x
Szablon wykonała Sasame Ka z Ministerstwo Szablonów